Opublikowano
•
Podróż
•
9 min read
Autem przez Maroko
Wypożyczenie samochodu za granicą potrafi przysporzyć nieco stresu – auto nie swoje, kultura jazy inna, część przepisów też, drogi nieznane… Niemniej jednak nie ma co ukrywać, że jest to bardzo elastyczna forma podróżowania. Jedziemy tam, gdzie chcemy, kiedy chcemy i w takim tempie, jakie nam odpowiada. W Maroku spędziliśmy niecały tydzień i zdecydowaliśmy, że właśnie wypożyczenie auta będzie dla nas najlepszą opcją.

Samochód
U Biazza Tours wypożyczyliśmy Dacię Sandero. Zarezerwowaliśmy ją jeszcze przed wylotem przez internet. Na lotnisku czekał na nas człowiek z kartką z nazwą wypożyczalni i zaprowadził na miejsce parkingowe, gdzie czekało na nas autko. Zapłaciliśmy mu całość gotówką na miejscu – warto mieć zgodne, bo nie miał jak wydać, a że nie bardzo mieliśmy ochotę się kłócić czy biegać rozmieniać, to zostawiliśmy nie do końca dobrowolny napiwek. Wytłumaczył nam co i jak (po angielsku, choć ewidentnie byłoby mu wygodniej po francusku), dał dokumenty, kluczyki i drobne na opłatę parkingową. Swoją drogą, parking przy lotnisku w Agadirze jest śmiesznie tani w porównaniu do cen, które kojarzymy z Polski, więc z drobnych które nam zostawił jeszcze dostaliśmy resztę. Pod koniec pobytu mieliśmy zaparkować w tym samym miejscu i zostawić kluczyki w środku. Jako że nie zostawialiśmy żadnej kaucji, nie musieliśmy na nikogo czekać i wylot w środku nocy nie stanowił problemu.

W Maroku Polacy nie potrzebują międzynarodowego prawa jazdy, w zupełności wystarcza nasze. Ruch jest prawostronny, więc też bez problemu. Drogi bywają różne – czasami nasza Dacia podskakiwała radośnie na wertepach, czasami sunęła po gładkim asfalcie. Natomiast jeździ się nimi raczej powoli. Po pierwsze dlatego, że na południowym wschodzie kraju gdzie jeździliśmy nie ma autostrad, po drugie dlatego, że policji jest zatrzęsienie. Czasem chcą tylko zobaczyć dokumenty, czasem stoją z radarem. Ich obecność skutecznie zniechęca do przekraczania prędkości.

Z tankowaniem nie było żadnych problemów. Przy głównych drogach mijaliśmy sporo stacji. O kawce i hot dogu jednak można zapomnieć – większość z nich nie miała ani sklepu, ani nawet toalety. Z drugiej strony, wiele z nich wyglądało, jakby właśnie coś się dobudowywało, więc jest szansa, że to się wkrótce zmieni. Zamiast na stacjach, kofeinę uzupełnialiśmy w małych baro-kafejkach po drodze.

Trasa
Długo zastanawialiśmy się, na co konkretnie przeznaczyć nasze sześć dni. Z jednej strony człowiek chciałby zobaczyć wszystko, z drugiej nie uśmiechało nam się spędzać całego dnia za kółkiem. Ostatecznie zdecydowaliśmy się odpuścić Marrakesz i Essauirę, a zamiast tego dojechać aż do Merzougi, na pustynię. Tym sposobem codziennie spędzaliśmy 4-5 godzin w samochodzie i zostawało nam sporo czasu na zwiedzanie.

Pierwszym naszym przystankiem było Taroudant. Jest oddalone od lotniska o jakąś godzinę drogi, więc po wylądowaniu udaliśmy się od razu tam. Miasto jest znane przede wszystkim ze swoich imponujących murów z XVI wieku, które ciągną się wokół niego przez sześć kilometrów. Nasz hotel (riad) znajdował się wewnątrz nich, więc tam też znaleźliśmy płatny, acz niedrogi parking i zaufaliśmy nawigacji. Nie była to najlepsza decyzja z możliwych – Google pokierował nas przez wąskie, zatłoczone uliczki. Mijaliśmy rowery i inne pojazdy na milimetry, zachęcani ochoczym machaniem lokalsów, według których najwyraźniej mieliśmy masę miejsca obok siebie. Tyle dobrze, że droga nie była daleka i udało nam się dotrzeć bez szwanku. Potem się okazało, że alternatywna trasa biegnie główną ulicą i jest dużo mniej nerwowa. Na pewno nie pomogła nam też godzina – w czasie naszej wyprawy trwał ramadan i tuż przed zachodem słońca, kiedy przejeżdżaliśmy przez jedną z 9 starych bram, wszyscy wokół przemieszczali się do swoich domów. Pół godziny później miasto było jak wymarłe: mieszkańcy schowali się w domach, żeby przełamać post i na ulicy można było spotkać co najwyżej koty. O tej porze zdecydowanie jechałoby się dużo wygodniej.

Z Taroudant skierowaliśmy się do Warzazat (również pisane Ouarzazate). Nie mogliśmy się napatrzeć na widoki. Wzdłuż drogi biegnie pasmo gór Atlas. Zza bliższych, niższych gór wystają wystają drugie, z ośnieżonymi szczytami. Na pierwszym planie z kolei zieleniła się trawa, kwitły drzewa i kwiaty, co cieszyło nas tym bardziej, że gdy wyjeżdżaliśmy z Polski to wiosna jeszcze się nie obudziła.

Warzazat to marokańska stolica kinematografii, można tu zwiedzić studio filmowe czy tematyczne muzeum. Pół godziny drogi na północ znajduje się kasba Ajt Bin Haddu, imponująca twierdza zbudowana głównie z gliny i słomy, która znajduje się na liście UNESCO i która “grała” w Gladiatorze czy Grze o Tron. Położona w oazie, w dolinie pośród gór, zwłaszcza o zachodzie słońca wygląda wspaniale.

Swoją kasbę ma też samo Warzazat, jedną z największych w regionie. Teoretycznie da się ją zwiedzić bez przewodnika, w praktyce zrezygnowanie z bardzo upartego pana Berbera okazało się niemożliwe. Na jego obronę faktycznie komentarz kogoś, kto zna historię i wie, które pomieszczenie do czego służyło, bardzo podnosi atrakcyjność zwiedzania – w całym kompleksie nie ma ani pół tablicy informacyjnej. Cena, ustalona z góry, też nie była zła: 100 dirhamów (~40 zł) za około godzinę zwiedzania. W kwestii jedzenia w Warzazat możemy polecić restaurację Toudgha i ich tajin z cielęciną i śliwkami – smacznie, niedrogo i widać, że miejscowi też tu jedzą, nie tylko turyści.

Następnie ruszyliśmy w stronę Zagory. Ten odcinek zaczynał się górskim, księżycowym krajobrazem. W miarę, jak przesuwaliśmy się na południe, temperatura rosła, a wokół pojawiało się coraz więcej palm. Tam, gdzie dociera woda, potrafią rosnąć ich całe lasy. Mijaliśmy kilka małych, uroczych miejscowości, gdzie domy w beżowo-rudawych kolorach wtapiają się w krajobraz, i góruje nad nimi pojedynczy meczet. Widzieliśmy też opuszczone kasby – Maroko ma ich bardzo dużo, a niestety bez opieki szybko popadają w ruinę.

Z Zagory można wybrać się na pustynię. Jest mniejsza, ale za to mniej popularna niż ta koło Merzougi. Jako że mieliśmy już w planach tę drugą, nie skusiliśmy się i zamiast tego postawiliśmy na odpoczynek pod palmami przy basenie w naszym riadzie. Na początku rozważaliśmy zobaczenie miasta, jednak po dojechaniu do noclegu wąską, gruntową drogą, gdzie nasza Dacia lawirowała między murem z jednej i rowem z drugiej strony, przeszła nam ochota na jeżdżenie. Za to miejsce było bardzo zielone i spokojne, a słońce grzało przyjemnie.
Nasz kolejny przystanek to Merzouga. Krajobraz już dużo wcześniej zrobił się pustynny – szerokie, puste przestrzenie i jedynie pojedyncze kępki trawy. Droga się trochę popsuła i trzeba było uważać na dziury. Poza dziurami należało mieć oko na wielbłądy – parę razy trafiliśmy na stadko pasące się przy drodze. W wysuszonym dziś regionie kiedyś było morze, które zostawiło po sobie pamiątki – na każdym kroku można się natknąć na stoisko ze skamielinami i minerałami.

Merzouga to mała, turystyczna miejscowość u progu Sahary, która jest punktem startowym do wycieczek na wydmy. Są zorganizowane od A do Z – przejazd, nocleg, wyżywienie i opcjonalne atrakcje dodatkowe. Warto to mieć na uwadze przy szukaniu campingu, bo ceny np. na booking.com nie uwzględniają transportu (autem 4x4 albo wielbłądem), który jest obowiązkowy i potrafi kosztować tyle co sam nocleg. Piaszczysta pustynia po stronie Maroka jest dość mała, turystów dużo, a namioty są ustawione na jej brzegu, ale i tak widoki są wspaniałe. Złociste wydmy mają w sobie coś hipnotyzującego. Podobno widać stąd też przepiękne, gwiaździste niebo… podobno, bo kiedy dotarliśmy na miejsce, przyszły chmury i spadł deszcz. Tak, dobrze czytacie – w trakcie całego pobytu w Maroku deszcz trafił nam się tylko raz, na pustyni.

Myjnie samochodowe przy wyjeździe z Merzougi cieszą się dużą popularnością. Wiatr wrzuca piasek i na auta, i na drogę. Tam, gdzie jeszcze dzień wcześniej wyraźnie widzieliśmy pobocze, nazajutrz pustynia przejmowała asfalt.

Zostawiliśmy wydmy za sobą i wjechaliśmy z powrotem w góry. Bardzo malownicze, takim surowym pięknem. Naszym celem był Tinghir, a dokładniej wioska na północ od niego i wspaniały wąwóz Todra. Super miejsce na górską wędrówkę.
Stamtąd powoli wracaliśmy na zachód. W okolicach Warzazat wróciliśmy na znajome już drogi. Nasz kolejny postój to Taliouine, miejsce słynne ze swojego szafranu. Niestety nie był to najlepszy czas na odwiedzenie tego miejsca – szafran kwitnie na przełomie października i listopada i wtedy ma najwięcej sensu tutaj zajrzeć. Podobno można wtedy zobaczyć, jak się go zbiera i przetwarza. Miasteczko ma też swoją niewielką kasbę, częściowo opuszczoną i popadającą w ruinę, a częściowo przerobioną na hotel. Jak hotel może działać pomimo sąsiada grożącego zawaleniem pozostaje dla mnie zagadką, ale oceny zbiera bardzo dobre (sami nie możemy za wiele powiedzieć, bo na miejsce się nie załapaliśmy).

Swoją podróż zakończyliśmy w Agadirze. Tutaj jeździło się najciężej – mimo, że drogi są szerokie i w bardzo dobrym stanie, to kierowcy potrafią być nerwowi, zwłaszcza w gęstym ruchu przed zachodem słońca. Zajeżdżanie drogi, włączanie się do ruchu przez zablokowanie całego pasa, skutery jeżdżące slalomem nie są tu rzadkością. Po drodze widzieliśmy ze dwie stłuczki i prawdę mówiąc aż dziwne, że tylko dwie. Za to przynajmniej parking blisko centrum i plaży był duży, częściowo pusty i bezpłatny (choć to ostatnie może się zmieniać w wysokim sezonie).

Agadir to typowy nadmorski kurort – szeroka plaża, wzdłuż niej promenada, przy promenadzie sklepy z pamiątkami i restauracje, w których pomimo ramadanu bez trudu można dostać alkohol. Miasto ma dość tragiczną historię: w 1960 roku trzęsienie ziemi obróciło w ruinę większość budynków, w tym doszczętnie zniszczyło stare dzielnice. Trzęsienie przyszło w nocy i zabiło ponad jedną trzecią mieszkańców. Agadir jednak powstał z ruin, odbudował się tak, by być bardziej odpornym na ruchy sejsmiczne i dziś jest zadbanym, tętniącym życiem miastem. Wydarzeniom z 1960 jest poświęcone nieduże, nowoczesne muzeum – mieści się w budynku, który kiedyś należał do banku i który ostał się jako jedyny z całej dzielnicy.

Podsumowując, po Maroku samochodem jeździło nam się całkiem przyjemnie. Nasza Dacia zdała egzamin: nie mieliśmy z nią żadnych problemów, dokumenty nie wzbudziły pytań ze strony policjantów, odbiór i oddanie auta przebiegły bez problemów. Dzięki niej mogliśmy zobaczyć naprawdę spory kawał kraju w ograniczonym czasie, a także zatrzymać się pośrodku niczego, sącząc kawę i chrupiąc orzeszki przyniesione przez przemiłego właściciela mini-kawiarni. Poza miastami ruch jest niewielki, a widoki po drodze wspaniałe. Nie spodziewaliśmy się takiej ich różnorodności – ośnieżone szczyty na horyzoncie, górskie zakręty przez marsjański krajobraz, czerwone wzgórza pełne niewysokich drzewek jak na południu Hiszpanii, kwieciste łąki, oazy zapełnione palmami, pustynne równiny… Ten kraj ma naprawdę sporo do zaoferowania. Mamy nadzieję, że jeszcze będziemy mieli okazję do niego wrócić.
