Opublikowano
•
Podróż
•
13 min read
Safari w Tanzanii
Safari to jeden z głównych “punktów sprzedażowych” Tanzanii. Praktycznie w każdej większej miejscowości znajdzie się ktoś oferujący tego typu wycieczki do tego czy tamtego parku narodowego. Oczywiście można też skorzystać z polskich biur podróży, które ogarną wyjazd od A do Z (przelot w obie strony, lokalnego kierowcę, polskiego pilota itd.), ale nic nie stoi na przeszkodzie żeby wybrać te tanzańskie i wkomponować safari w dłuższą, samodzielnie zaplanowaną wyprawę.
Jakie safari wybrać?
Na początek trzeba się zastanowić, co nas właściwie interesuje, bo możliwości jest ogrom. Do parków bliżej miast są organizowane jednodniowe wycieczki, ale jeżeli, tak jak nas, interesuje was ten najsłynniejszy, Serengeti, raczej trzeba się liczyć z przynajmniej dwudniowym wypadem ze względu na dojazd. Wariant budżetowy zakłada spanie w namiotach, za większe pieniądze są dostępne bardziej komfortowe noclegi. Do niektórych parków można się wybrać własnym czy wypożyczonym samochodem, albo nawet rowerem czy pieszo z przewodnikiem. Lot balonem? Żaden problem, znajdzie się i balon.

My zdecydowaliśmy się na trzy dni i dwa parki (a właściwie park i rezerwat) – Serengeti i Ngorongoro, wersja z namiotem. Patrząc po naszej grupie, popularną opcją jest dorzucenie jeszcze jednego dnia i parku Tarangire z jego baobabami. W przeglądaniu dostępnych ofert bardzo pomogła nam strona safari bookings. Żeby mieć pewność, że nie trafimy na bubla, organizatorów interesujących nas wycieczek szukaliśmy także na Tripadvisorze i przez Googla, i rozważaliśmy tylko tych, którzy na tych trzech stronach mieli sporo opinii i przeważająco pozytywne. Tak trafiliśmy na Suricata safaris i chyba dobrze, bo safari było fantastyczne.
Pozostaje jeszcze pytanie – kiedy jechać? Najpopularniejszym terminem jest pora sucha, od maja do listopada. Przez brak deszczu roślinność jest wyschnięta, a zwierzęta gromadzą się przy wodopojach, więc łatwiej jest je dostrzec; temperatury też są przyjemniejsze, jako że po tej stronie równika jest to zima. Dodatkowym argumentem jest Wielka Migracja antylop gnu. Minusem są większe tłumy i wyższe ceny. Drugą opcją jest krótka pora sucha, w styczniu i lutym. Zieleni jest więcej, ale nie jest tak bujna jak w porach deszczowych, turystów przyjeżdża mniej, a jest to okres godowy dla wielu zwierząt i można zobaczyć młode. Nam się poszczęściło i widzieliśmy moment narodzin i pierwsze, chwiejne kroki małej antylopy. Trzeba jednak mieć na uwadze, że deszcz może się pojawić – zwłaszcza w obliczu zmian klimatycznych ta pora sucha robi się coraz bardziej niestabilna. Najwięcej opadów jest w pozostałych miesiącach, z apogeum w kwietniu. Wtedy najpewniej można trafić najlepsze okazje cenowe, ale będą one okupione codziennym deszczem i błotnistymi drogami.

Kwestie organizacyjne
Z organizatorem kontaktowaliśmy się najpierw mailowo, potem przez WhatsAppa. Na tym etapie było trochę czkawki – czasem bariera językowa podkładała nogę, czasem tanzańskie pojmowanie czasu, bo to, że ktoś przyjdzie za godzinę równie dobrze może oznaczać, że będzie za dwie. Jednak jak już się uda dogadać, to rzeczywiście opiekują się praktycznie wszystkim. Co ważne – a co nie było dla nas oczywiste – w cenie poza samymi dniami safari był też hotel dzień przed wyjazdem i dzień po powrocie w Arushy, całkiem porządny, ze śniadaniem. Także transport po dotarciu na miejsce był zapewniony – w naszym przypadku był to odbiór z lotniska i podwózka na dworzec autobusowy, bo ruszaliśmy dalej do Moshi. Nawet upewnili się, że wsiadamy do dobrego autokaru. Z transportem z lotniska coś się nie dogadaliśmy, bo miał czekać na nas kierowca z kartką i naszymi imionami, ale chyba przez to, że długo nam zeszło zbieranie się z hali lotniska, gdzieś się stracił; mimo tego inni kierowcy zainteresowali się nami, dogadali z naszym biurem i dotarliśmy szczęśliwie (i bez dodatkowych opłat) na miejsce.

Zaliczkę opłaciliśmy jeszcze w Polsce, co do reszty mieliśmy dwie możliwości – zapłacić kartą, ale z dodatkową kilkuprocentową prowizją, albo gotówką (wszystko w dolarach). Doliczyć też trzeba napiwki, które z jednej strony są “opcjonalne”, a z drugiej mają “rekomendowaną wysokość”. Tej rekomendowanej wysokości nie wszyscy się trzymają, ale każdy z naszej grupy coś wrzucił, więc dobrze się zastanowić z wyprzedzeniem i przygotować gotówkę. Tu trzeba zaznaczyć, że ekipa zorganizowała to całkiem elegancko – napiwki zebrali pod koniec i zbiorowo, od całej grupy w jednej kopercie, żeby nikt się nie czuł przymuszony i żeby nie było wiadomo, kto ile dał.
Część bagaży można zostawić w hotelu i warto to zrobić, bo miejsca nie jest przesadnie dużo – przewodnicy walizkowy tetris mają opanowany do perfekcji, ale jednak warto im go ułatwić jeśli jest taka możliwość. Namioty, materace i śpiwory ogarnia biuro i jeżdżą one razem z walizkami, podobnie jak garnki, bo kucharz gotuje na miejscu. Gotuje prosto, ale smacznie i dużo. Same pola namiotowe to żaden luksus, jest zadaszona i ogrodzona jadalnia, gdzie można dorwać prąd, są klasyczne wspólne łazienki, gdzie woda czasem jest co najwyżej letnia, i to by było na tyle. Za to okolica jest magiczna – od dzikiej natury odgradza nas jedynie tabliczka informująca, żeby się za bardzo nie oddalać poza teren kempingu.

W ulotce przesłanej przed wyjazdem ostrzegają, żeby wziąć ciepłe ciuchy i nie żartują – noce koło Ngorongoro są zimne i te kilka stopni to nie jest pusty straszak, bez ciepłego swetra może być ciężko. Za to w ciągu dnia jest ciepło lub bardzo ciepło. Dobrze mieć ze sobą olejek do opalania i coś na komary, o wodę nie musimy się martwić bo jest zapewniona. W samochodzie są gniazdka więc można podładować swoje sprzęty, ale power bank w zapasie też się przyda. Świetnie się sprawdza lornetka i aparaty z dużym zoomem.
Jak to wyglądało w praktyce?
Naszą grupę poznaliśmy pierwszego dnia z samego rana, w recepcji hotelu. Było nas sześcioro: dwie Amerykanki, para z Francji i my. Przewodnik i kierowca w jednym, Damian, stawił się punktualnie i wyruszyliśmy w drogę. Nasz środek transportu to duża Toyota przerobiona specjalnie z myślą o safari – każde z sześciu miejsc pasażerów jest przy oknie, każde ma gniazdko i uchwyt na wodę, a dach da się otworzyć do góry, żeby lepiej widzieć zwierzęta. Jedzie się w nim całkiem wygodnie – a to się świetnie składa, gdyż spędzimy tu większą część wycieczki.

Z Arushy do Serengeti jedzie się kilka godzin. Po drodze zatrzymaliśmy się na spektakularnym punkcie widokowym przy Ngorongoro. Widać z niego niemal cały krater – największa kaldera na świecie, 260 km2, otoczona wianuszkiem wzgórz, wypełniona zielenią, jeziorami i zwierzętami. Te ostatnie co prawda ledwo widać z tej wysokości, ale i tak widok jest fenomenalny. Zwierzęta powoli zaczynają się też pojawiać przy drodze, i tu trzeba zwrócić uwagę na kunszt naszego przewodnika, który cierpliwie zatrzymywał się przy pierwszych kilku zebrach i zachwycał się razem z nami, mimo że doskonale wiedział, że w drodze powrotnej już nie będą na nas robić aż takiego wrażenia.

Kiedy w końcu dotarliśmy do znaku obwieszczającego początek Serengeti, przed nami jak okiem sięgnąć ciągnęło się morze traw. Ogromna przestrzeń aż po horyzont. Żeby wjechać na teren parku narodowego, wymagany jest bilet. Nasz pozwalał na 24 godziny wewnątrz, więc, żeby nie marnować cennego czasu, lunch zjedliśmy jeszcze przed wejściem. Nie tylko my – jest tam dedykowany teren piknikowy i duży parking z dziesiątkami samochodów takich jak nasz.

Po załatwieniu wszystkich formalności i z pełnym żołądkiem mogliśmy wyruszyć na pierwszy game drive – wyjazd w teren w poszukiwaniu zwierzyny. Dach poszedł w górę, samochód szybko zjechał z bardziej ubitej drogi w koleiny między trawy. Przewodnicy nie dość, że znają nawyki zwierząt, to i komunikują się ze sobą, więc nie minęło dużo czasu aż trafiliśmy na pierwsze znalezisko: trzy gepardy wylegujące się pod akacją. Wokół nich zebrał się wianuszek samochodów, ale gepardy zdawały się nie zaprzątać nimi głowy, ot, taki ruchomy element krajobrazu. Kiedy jeden z nich spróbował się zbliżyć za bardzo, gepard po prostu leniwym krokiem przeszedł parę metrów dalej. Wspaniałe zwierzęta – smukłe, silne, lśniące w słońcu, a jak się dobrze przyjrzeć, to bez problemu można zobaczyć podobieństwa w zachowaniu z ich udomowionymi kuzynami. Aż by się chciało pogłaskać. Chyba mieliśmy szczęście, bo polują w ciągu dnia i wtedy trudniej je znaleźć, a tu trafiliśmy akurat jak były najedzone.

Inaczej sprawa wygląda z lwami – te polują nocą, więc w dzień spokojnie można je spotkać śpiące, jeśli się je tylko uda wypatrzeć. Czasami kładą się na pojedynczych skałach, które wyglądają łudząco podobnie do tych z “Króla Lwa”, czasami leżą pod charakterystycznymi akacjami w kształcie parasola, a czasem po prostu na wpół zasłonięte trawą. Wyjątkiem są lwiątka, które zdają się mieć nieco więcej energii niż rodzice i mniej ochoty na spanie – jak to młode.

Oczywiście sawanna to nie tylko koty. Trafiliśmy też na antylopy gnu, gazele, zebry czy słonie. Zwłaszcza te ostatnie budzą respekt: dumne, olbrzymie zwierzęta. Widzieliśmy dwójkę w trakcie sparingu i zdecydowanie woleliśmy trzymać dystans. Za to do spokojnego stada można było podjechać nieco bliżej. Poza dorosłymi były też i młode, w tym maleńki dzieciak, według Damiana mający nie więcej niż kilka dni. Maleńki jak na słoniowe standardy, oczywiście.

Nocowaliśmy na polu namiotowym w samym środku parku. Fantastyczny widok, choć świadomość, że gdzieś tam w tej trawie najpewniej urzęduje lew czy hiena potrafi być lekko niepokojąca. Przypominają o tym tabliczki na skraju kempingu z napisem, że oddalanie się poza wyznaczony teren grozi śmiercią. Ale dopóki trzyma się obozowiska, wszystko jest ok – zwierzęta same z siebie nie chcą się zbliżać do ludzi, a nad wszystkim czuwają lokalsi dla których safari to chleb powszedni i doskonale wiedzą co i jak. Samo miejsce nie oferuje specjalnych wygód – jest standardowa kempingowa łazienka z letnią wodą, ogrodzony teren przeznaczony na kuchnię i jadalnię i nieogrodzone miejsce na namioty. Dostaliśmy bardzo solidną, pyszną kolację, nawet z winem; przy okazji mogliśmy też poznać osoby z drugiego samochodu, które dołączały do nas na postojach. Zasypialiśmy przy dźwiękach dzikiej przyrody, i na wszelki wypadek postanowiliśmy nie wstawać w nocy do łazienki.

Poranek na safari zaczyna się tuż przed świtem. Trzeba wstać, ogarnąć się, zjeść śniadanie, a ekipa musi złożyć namioty i wpakować je z powrotem do samochodu. Mają w tym wprawę, a naszym zadaniem było jedynie zapamiętanie, który śpiwór jest nasz. Jak tylko wszystko zostało pozbierane, ruszyliśmy tropić dalej.

Właściwie to pierwszych zwierząt nie trzeba było tropić, bo zapach zdradzał je z daleka. Niewielki staw był wypełniony po brzegi hipopotamami. Te pocieszne z wyglądu stworzenia nie mają specjalnych oporów przed zabijaniem ludzi, zwłaszcza jeżeli im wejdą w paradę w nocy, kiedy te ruszają na żer. Dni spędzają w wodzie, żeby chronić skórę przed słońcem. Kiedy już się przyzwyczai nos, są całkiem ciekawe do obserwacji – a to któryś kłapnie paszczą i zaryczy, a to inny prychnie wodą, dzieje się.

Generalnie na nudę nie mogliśmy narzekać, widzieliśmy naprawdę sporo przeróżnych zwierząt. Stadko żyraf przechadzało się z gracją od akacji do akacji i przeszło tuż przed naszym samochodem. Przy drodze hiena chłodziła się w kałuży. Samiec impali doglądał swojego haremu (na całe stado jest tylko jeden rogaty osobnik). Zaskakująco ciekawy pokaz dały mangusty – niewielkie stworzonka podobne do surykatek – który wyglądał jak pełne pasji przedstawienie teatralne specjalnie dla nas… a który okazał się być tańcem godowym. Nieco wyżej można było wypatrzeć sępy czy orła.

Były też stada zebr… olbrzymie stada zebr. Setki, tysiące zwierząt wszędzie dookoła, małych i dużych. Między nimi pętały się pojedyncze antylopy gnu, ale zdecydowanie dominowały zebry. W ogóle nie przejmowały się naszą obecnością, patrzyły z zaciekawieniem i przechodziły tuż obok. Wiedzieliście, że zebry lubią tarzać się w pyle? Ja nie wiedziałam.

Nasz czas w parku narodowym wykorzystaliśmy do maksimum i lunch jedliśmy już poza jego granicami, po czym skierowaliśmy się w stronę Ngorongoro. Po drodze zatrzymaliśmy się w wiosce Masajów, którzy od pokoleń wykorzystują te tereny jako pastwiska dla swoich licznych stad krów. Jest to opcjonalna, dodatkowo płatna atrakcja (w naszym przypadku 15 dolarów od osoby). Masajowie zaczynają od pokazania swojego tradycyjnego tańca, który znacząco różni się od tego, co znamy pod tym pojęciem w Europie. Jest hipnotyzujący, choć osobiście wolałabym się ograniczyć do oglądania go z bezpiecznej odległości, jednak turyści są wciągani do skakania razem z nimi. Potem następuje krótka wycieczka po pokazowej wiosce – wygląda tak, jak rzeczywiste wioski masajskie, ale w tej akurat nikt nie mieszka. Lokalny przewodnik pokazuje, jak wyglądają ich mieszkania, szkoła i krzesanie ognia, a potem dość natarczywie zachęca do kupienia ręcznie robionych pamiątek. Techniki negocjacyjne mają opanowane do perfekcji – grupa zostaje rozdzielona (oficjalnie po to, żeby się zmieścić do maleńkich domków), najbardziej wygadany Masaj został dziwnym trafem przydzielony do Amerykanek, a i nasz, choć z angielskim mu było nie do końca po drodze, znalazł sposób na skuteczną komunikację kiedy przyszło do sprzedawania nam bransoletek. Koniec końców wyszłam z mieszanymi odczuciami i nie sądzę, żebym się drugi raz na tę część zdecydowała, choć nie da się ukryć, że kultura i tryb życia tak różne od naszych są zdecydowanie ciekawe.
Noc spędziliśmy na polu namiotowym na obrzeżach krateru. Było urokliwie, ale i naprawdę zimno. Towarzystwa dotrzymywały nam bawoły, które przyszły się paść praktycznie pomiędzy namiotami – śpiąc z uchem przy ziemi można było usłyszeć, jak wyrywają trawę. O poranku, po śniadaniu ruszyliśmy w głąb kaldery.

Ngorongoro to zupełnie inny krajobraz niż Serengeti. Jest intensywnie zielony, roślinność na jego zboczach jest dużo bardziej bujna. Czerwona droga wyraźnie odcina się od soczystych traw, wśród których można wypatrzeć lwy, guźce, a nawet nosorożce – choć te ostatnie raczej z daleka przez lornetkę, bo unikają ludzi bardziej niż reszta zwierząt. Przy brzegach jeziora zbiera się masa przeróżnych zwierząt, zebry, antylopy, guźce, flamingi… Bardziej to przypomina film Disneya czy grę komputerową niż rzeczywistość.

Kręciło się tu dużo antylop gnu, które w tym czasie przechodziły przez sezon rozrodczy, więc sporo wśród nich źrebiąt. Jak wspominałam wcześniej, nawet mieliśmy okazję zobaczyć, jak rodzi się jedno z nich. Kiedy młode usiłowało rozpracować, jak działają nogi, miało bardzo zaangażowanych kibiców, zaparkowancyh w bezpiecznej odległości i przyklejonych do lornetek i aparatów. Zajęło mu to kilka nieporadnych prób, ale już po kilku minutach skakało nie gorzej niż pozostałe źrebaki w okolicy.
W kraterze nie brakuje i ptaków, takich jak wielki koronnik szary, symbol Ugandy, strasznie głośny, ale piękny. W wodzie brodzą flamingi i pelikany. Są też te drapieżne, o czym mogliśmy się przekonać, gdy jeden z nich w mgnieniu oka zanurkował i porwał jedzenie ze stołu piknikowego, kiedy zbieraliśmy się po lunchu.

Po dniu śledzenia zwierząt w kraterze, z żalem przyszło nam wrócić do cywilizacji. Wróciliśmy do bazy wypadowej biura Suricata (bardziej wypasione pole namiotowe z basenem), gdzie część naszej grupy wraz z przewodnikiem zostawała na kolejny dzień, a skąd my pojechaliśmy już z innym kierowcą do Arushy, do tego samego hotelu z którego wyruszaliśmy.
Choć z początku nie bardzo wiedzieliśmy, czego się spodziewać po safari i czy warto wydawać na nie pieniądze, ostatecznie bardzo nam się podobało. I krajobrazy, i zwierzęta są po prostu wspaniałe. Spędzanie większości dnia w samochodzie okazało się nie być problemem, nie brakowało przerw ani okazji do rozprostowania nóg przy wyglądaniu przez dach, i nie było mowy o nudzie czy monotonii. Pewnie nie bez znaczenia jest fakt, że dobrze trafiliśmy z współtowarzyszami podróży i z przewodnikiem – dużo było śmiechu i mało niepotrzebnego marudzenia; jestem w stanie sobie wyobrazić, że przy tej ilości czasu spędzanego wspólnie ktoś niekompatybilny z resztą grupy może być męczący. My jednak wynieśliśmy z tej wyprawy same dobre wspomnienia, całą masę zdjęć, szczery zachwyt tanzańską przyrodą i chęć, aby kiedyś w przyszłości wybrać się na jakieś safari jeszcze raz.
