Opublikowano
•
Podróż
•
4 min read
Wąwóz Todra
We wschodniej części pasma górskiego Atlas w Maroku leży kilka widowiskowych wąwozów. Najbardziej znane są Dades, my jednak zdecydowaliśmy się na nie mniej malowniczy i również dość popularny wąwóz Todra (pisany też Todgha). Położony nad miastem Tinghir, może posłużyć zarówno jako krótki przystanek na drodze z Merzougi do Marrakeszu czy Agadiru, jak i na miejsce do spaceru po górach czy nawet wspinaczki.

Katedra bez dachu
Najpiękniejszy, a przynajmniej najczęściej fotografowany fragment wąwozu jest jednocześnie najłatwiej dostępnym. Da się do niego bez problemu dojechać samochodem – ba, da się go nawet przejechać samochodem. I tutaj ważna uwaga: jeżeli jedziecie “z dołu”, od strony Tinghiru, to żeby się dostać na główny, duży parking, trzeba faktycznie przejechać przez wąwóz, pomiędzy spacerowiczami i sprzedawcami pamiątek. Z drugiej strony też można stanąć, ale są tam tylko pojedyncze miejsca parkingowe, więc zwłaszcza w wysokim sezonie zapełniają się szybko.

Gdzieś natrafiliśmy na stwierdzenie, że wąwóz Todra jest jak “wysoka katedra bez dachu”, i rzeczywiście sprawia takie wrażenie. Surowe, wysokie skały pną się pionowo ponad sto metrów w górę, zostawiając między sobą jedynie wąskie przejście. Budzą respekt, człowiek czuje się przy nich malutki. W dole płynie rzeka Todra – raz skromnie, raz bardziej intensywnie, w zależności od pory roku i warunków pogodowych. Między rzeką a skałą biegnie droga, wzdłuż której przedsiębiorczy Marokańczycy ustawiają się z niekończącym się rzędem kolorowych szali i innych pamiątek na sprzedaż. Od strony Tinghiru, gdzie wąwóz się rozszerza, znajdziemy restauracje i hotele. Z drugiej jest wspomniany już parking, a z niego wychodzą schody wiodące w górę, na szlak.

Spacer nad wąwozem
Na przejście całej pętli spokojnym tempem trzeba liczyć 3,5-4 godziny, jest to nieco ponad 8 km. Alternatywnie można dojść do punktu widokowego, co zajmuje około godziny, i zawrócić. Wąska ścieżka prowadzi wysoko w górę, na te skały które tak imponująco wyglądały spod straganów z szalami, przez górskie chatki Berberów i schodzi w dół do wioski Ait Tizgui, gdzie przez pola uprawne wychodzi na asfalt, którym można dojść z powrotem do przewężenia i tym samym zamknąć pętlę.

Trasa nie jest bardzo stroma, nie ma przesadnie męczących podejść, ale jest to jednak kawałek drogi do przejścia. Lepiej sobie założyć margines czasowy – my na przykład trochę jej nie doceniliśmy i na końcówce lekko nerwowo patrzyliśmy na wysokość słońca, ale ostatecznie udało nam się całość przejść przed zachodem (za to niestety musieliśmy zrezygnować z zaproszenia na herbatę u Berberów). Miejscami jest dosyć wąsko, ale wszędzie da się swobodnie przejść bez balansowania przy krawędzi.

Jeżeli ktoś sam nie czuje się zbyt pewnie chodząc po górach, raczej nie będzie problemu ze znalezieniem przewodnika. Widzieliśmy jednego po drodze, nasz riad (hotel w tradycyjnym marokańskim budownictwie) też oferował tego typu usługi. Ale że mieliśmy ochotę pochodzić w spokoju we własnym towarzystwie, nie skorzystaliśmy. Zamiast tego ściągnęliśmy sobie odpowiednią mapę w maps.me, darmowej aplikacji która się dobrze sprawdza do pieszych wędrówek, i dała radę – mogliśmy śledzić i szlak, i punkty charakterystyczne. Oczywiście GPS w telefonie nie jest idealny, zwłaszcza w górach, więc nie zawsze pokaże co do metra gdzie się stoi, ale przynajmniej widać ogólny kierunek i czy przypadkiem za daleko od niego nie odeszliśmy.

Sama trasa nie jest za dobrze oznaczona. Przez większość czasu widać, gdzie biegnie ścieżka, ale miejscami jest mniej wyraźna i trzeba uważać, żeby z niej nie zboczyć. Gdzieniegdzie można się posiłkować stojącymi przy niej kamieniami ułożonymi w piramidkę. Można też się zastosować do rady, jakiej nam udzieliła para turystów idąca w przeciwnym kierunku: podążajcie za oślim łajnem! Faktycznie, osły mają tą trasę w małym kopytku i, cóż, zostawiają ślady. Mieliśmy okazję zobaczyć, jak sprawnie truchtają – na wszelki wypadek zeszliśmy na bok, żeby zrobić im miejsce, bo nie wyglądały, jakby planowały się zatrzymywać.

Górska część trasy kończy się w wiosce. Trzeba przejść przez zielone poletka, podlewane wodą z Todry, potem przez mały labirynt wąskich uliczek na główną drogę. To może być dobry moment, żeby pomyśleć o obiedzie – w okolicy jest kilka dobrze ocenionych miejsc z jedzeniem. My na przykład zdecydowaliśmy się na Restaurant Auberge Tizgui i zdecydowanie nie żałowaliśmy tej decyzji. Z obiadem czy bez, idąc asfaltem w lewo po kilkunastu minutach dotrzemy z powrotem do “głównego” wąwozu.

O tej porze roku szlak był spokojny, ale nie pusty. Spotkaliśmy kilka par czy małych grup różnych narodowości; poza tym od strony wioski parę razy trafiliśmy na miejscowe dzieciaki, które z automatu prosiły o pieniądze, i wspomniane dwa samotne osły. Przy berberyjskich domach można się załapać na herbatę (jeśli ma się więcej czasu niż my). Ścieżka biegnie przez piękny, choć surowy krajobraz. Z góry roztacza się widok na okolicę, na kolejne szczyty, na sam wąwóz i drogę gdzieś daleko w dole. Choć może nie jest aż tak niezwykły jak wąski korytarz z początku wędrówki, pustka i spokój dookoła przyjemnie kontrastują z tamtejszym gwarem. Po przejechaniu wielu kilometrów wzdłuż gór Atlas, dobrze było ciut bardziej się w nie zagłębić i spojrzeć na nie z innej perspektywy.
