Opublikowano
•
Podróż
•
6 min read
Arusha
Jeżeli znaleźliście się w Arushy, najpewniej albo zaraz wybieracie się na safari, albo właśnie z niego wróciliście. Bliskość licznych parków i rezerwatów, w tym słynnych Serengeti i Ngorongoro, to zdecydowanie główny punkt sprzedażowy tego miasta. Jednak nie samym safari żyje człowiek i często przy okazji zostaje nam w mieście dzień czy dwa na pozałatwianie swoich spraw i rozejrzenie się po okolicy. I okazuje się, że nawet jest się po czym rozglądać.

Spacer po mieście
Ciekawym miejscem do odwiedzenia jest Cultural Heritage Center, centrum dziedzictwa kulturowego. Nie sposób go przeoczyć – znajduje się w dużym, nowoczesnym budynku o dość fantazyjnym kształcie. Centrum składa się z dwóch części. Po pierwsze mamy tu sklepy z wszelakimi pamiątkami: magnesy, ubrania, biżuteria (w tym ze słynnym tanzanitem), zakładki do książek, naczynia… wybór jest spory. Ceny są w dolarach i niespecjalnie niskie, ale główną zaletą jest to, że można na spokojnie wszystko pooglądać bez natarczywego nagabywania ze strony sprzedawców. Ci oczywiście kręcą się w pobliżu, ale nie narzucają się, co jest miłą odmianą w tym kraju.

Po drugie, jest tu galeria sztuki afrykańskiej, największa w tej części świata. Wejście nic nie kosztuje, za to można kupić jeden z eksponatów – jeżeli akurat ma się wolne kilkaset dolarów i pomysł na transport. Wystawione są głównie obrazy w najróżniejszych stylach, imponujące rzeźby i zdjęcia. Przedstawieni są przede wszystkim ludzie z tutejszych licznych plemion i dzika przyroda. Galeria ciągnie się przez kilka pięter. Myślę, że pasjonaci sztuki mogą się tu zgubić na długie godziny, ale i dla laików (jak my) jest to ciekawa wizyta. Jest to nieco inna sztuka niż ta, która dominuje w europejskich galeriach i muzeach.

Jako punkt charakterystyczny i niejako symbol Arushy często wymieniana jest wieża zegarowa. Podobno stoi dokładnie pośrodku drogi między Kairem a Cape Town. Poszliśmy ją zobaczyć i… cóż, prawdę mówiąc, jak na symbol to szału nie ma. Na pewno nie pomaga jej logo Coca-Coli na środku tarczy zegarowej ani podłużne reklamy z każdej strony. Dojście jest też takie sobie, bo wieża stoi na środku ruchliwego ronda. Za to była to dobra okazja, żeby przejść się trochę ulicami Arushy i pooglądać na spokojnie, jak wygląda miasto. Jest tu parę wyższych, nowoczesnych budynków, trochę takich, które widziały już lepsze czasy, a także trochę takich zupełnie zwyczajnych. Pomiędzy nimi nie brakuje zieleni, a nad wszystkim wyrasta majestatyczna góra Meru (ponad 4,5 tys. metrów, ósma najwyższa w Afryce).

Odrobina historii
Wybraliśmy się również do niepozornego Arusha Declaration Museum. W tym miejscu niedługo po odzyskaniu przez Tanzanię niepodległości podpisano Deklarację z Arushy – manifest celów i wartości do jakich miało dążyć młodziutkie państwo. Na pamiątkę tego wydarzenia na rondzie obok stoi okazały pomnik. Muzeum jest dosyć małe, ale ma podpisy po angielsku, co ma znaczenie zwłaszcza jeśli, tak jak my, wchodzi się bez przewodnika. Jako że w Tanzanii od czasu jej powstania rządzi de facto jedna grupa ludzi, podpisy trącą lekką propagandą: prezydent Nyerere jest właściwie legendarny, partia jest wspaniała i pełna troski o ludzi i tak dalej. Zdecydowanie ma swój klimat. Mi się podobało, ale mam świadomość, że jak ktoś nie jest fanem muzeów może nie być przesadnie zachwycony.

Muzeum nie skupia się tylko na deklaracji – opowiada całą historię Tanzanii. A jest to historia jednocześnie długa i krótka, bo z jednej strony mówimy o miejscu gdzie znaleziono jedne z najstarszych szczątków ludzkich na świecie, a z drugiej o kraju, który niepodległość uzyskał dopiero w 1961 roku. Ludność Tanzanii to oszałamiająca mozaika przeróżnych plemion. Do tego na jej terenach w X wieku pojawili się Arabowie, a pod koniec XV dopłynęli tu Europejczycy, czy konkretniej Portugalczycy. W XIX wieku lądowa część została kolonią Niemiec, a po I wojnie światowej przeszła pod panowanie Brytyjczyków. W grudniu 1961 uzyskała niepodległość jako Tanganika, a w 1964 roku, pod przywództwem wspomnianego Juliusa Nyerere, połączyła się z Zanzibarem tworząc Tanzanię. Od tego czasu kraj samodzielnie idzie powoli do przodu, wciąż pod przewodnictwem tej samej partii. Lepiej jest uważać z przyjazdem w okresie wyborów, bo potrafią tu wtedy wybuchnąć związane z nimi zamieszki.

Informacje praktyczne
Człowiek z firmy organizującej nasze safari oferował, że może nam zorganizować przewodnika, który nas oprowadzi po mieście, my jednak woleliśmy zwiedzać na własną rękę. Chodząc po Arushy nie czuliśmy się w żadnym momencie niebezpiecznie, choć na wszelki wypadek nie spacerowaliśmy po zmroku. Co jednak potrafi zmęczyć przy chodzeniu pieszo to uwaga, jaką się na siebie zwraca. Praktycznie przy każdym wyjściu do sklepu, na krótkim odcinku między supermarketem a naszym hotelem ktoś do nas zagadywał – zawsze z uśmiechem i ciekawością, ale też zazwyczaj chcąc nam coś sprzedać, czy to safari, czy to ręcznie robione bransoletki. Kiedy nie mieliśmy już do tego cierpliwości, zamawialiśmy przez Bolta bajaji (tuk-tuka). Cenowo wychodzi dobrze, nie trzeba się targować bo kwota jest znana z góry, ale czasem trzeba zapłacić gotówką; jazda potrafi dostarczyć adrenaliny, ale chyba kierowcy wiedzą co robią, bo dowozili nas zawsze w jednym kawałku.

Jeżeli po safari ruszacie dalej i przydałyby się wam czyste ciuchy, najlepiej znaleźć pralnię. My skorzystaliśmy z Supaclean – nic nie zgubili, wszystko wróciło czyściutkie i pachnące jeszcze tego samego dnia. Podobno mają nawet darmowy odbiór i dostawę, ale tego akurat nie testowaliśmy. Dla porównania, pranie oferował też nasz hotel, ale na sztuki. W cenie, za którą Supaclean uprała nam 2 kilo ciuchów (ok. 20 złotych, 14 tys. szylingów), hotel wyczyściłby co najwyżej trzy koszulki i dwie skarpetki.
W Arushy są zwykłe, przyzwoicie zaopatrzone supermarkety. Przy nich często stoją bankomaty, choć trzeba liczyć się z tym, że w niektóre dni może zabraknąć w nich gotówki. W mieście znajdziemy nawet niewielkie centrum handlowe! Wydawało się odrobinę opustoszałe z wieloma miejscami pod wynajem, ale część sklepów funkcjonowała normalnie. Jak na galerię handlową przystało, jest tu kino i restauracja. I tą restaurację możemy z czystym sumieniem polecić – jedzenie jest fantastyczne, a do tego można podziwiać widoki, bo znajduje się na najwyższym piętrze na półotwartym balkonie. Nazywają się cafe Arusha i ich kurczak z sosem grzybowym jest fenomenalny.

Na zwiedzanie Arushy przeznaczyliśmy jeden pełny dzień. Z pewnością nie widzieliśmy wszystkiego – jest tu jeszcze kilka targów, zarówno z masajskimi pamiątkami, jak i bardziej lokalne z jedzeniem czy nawet bydłem; jest zarówno meczet, jak i chrześcijańskie kościoły; jest sklep-wystawa z tanzanitem, lokalnym kamieniem szlachetnym, i małe muzeum historii naturalnej. A jeśli by do tego dorzucić auto czy taskówkę i poszukać ciekawych miejsc w okolicy, lista zrobi się jeszcze dłuższa. Jednak nawet taki jeden dzień pozwala trochę poczuć miasto i zobaczyć punkty, które najbardziej nas zainteresują. Myślę, że warto taki uwzględnić przy planowaniu safari w tym regionie. A jeśli interesuje was samo safari, to więcej przeczytacie w tym wpisie.
