Opublikowano
•
Podróż
•
6 min read
Kanchanaburi
Kanchanaburi leży jakieś 120 km na zachód od Bangkoku. Kojarzycie może “Most na rzece Kwai”? To tutaj – to znaczy, oryginalny most i rzeka są tutaj, bo sam film kręcono w Sri Lance. Ta mniej turystyczna miejscowość jest najbardziej znana z parku narodowego Erawan z licznymi wodospadami oraz… Kolei Śmierci (Death Railway).

Dojazd z Bangkoku
Z Bangkoku do Kanchanaburi można się dostać busem z terminala Mochit albo pociągiem ze stacji Thonburi. W weekendy kursuje również turystyczny pociąg ze starego głównego dworca, Hua Lamphong, często nazywanego w rozkładach po prostu stacją “Bangkok” (więcej o rodzajach pociągów i szukaniu rozkładu znajdziecie we wpisie o Ayutthai). My zdecydowaliśmy się na ten z Thonburi. Stacja to głównie peron, bez większego budynku dworca, za to znajduje się obok dużego targu, na którym od rana kręcą się ludzie, głównie tutejsi. Jest trochę opcji do jedzenia, ale będzie to bardziej azjatyckie niż “europejskie” śniadanie – nie ma co liczyć na kanapkę czy drożdżówkę. Za to znaleźliśmy naleśniki (roti) na słodko, z bananem, i kiosk z kawą.

Podróż pociągiem kosztuje 100 baht i trwa niecałe 3 godziny (chyba, że ma się dużego pecha jak w naszym przypadku, i pociąg stanie w polu… a potem zacznie się cofać… po godzinie od wyjazdu znowu byliśmy w Thonburi. Ostatecznie dojechaliśmy gdzie chcieliśmy, jednak zajęło to o wiele więcej czasu niż planowo. Ale podobno to nie jest częste zjawisko na tej trasie). Nie jest specjalnie wygodna – twarde siedzenia pod kątem prostym i wiatrak w charakterze klimatyzacji – ale oferuje dużo ciekawsze widoki niż busik. Po drodze mija się biedniejsze dzielnice, zazwyczaj schowane przed widokiem turystów, ale i malownicze pola ryżowe i sylwetki gór w tle.
Z pociągu można wysiąść w Kanchanaburi, albo i pojechać dalej, do ostatniej stacji – Nam Tok. To najbardziej znany i najbardziej malowniczy fragment Kolei Śmierci. Zaczyna się od przejazdu słynnym mostem, gdzie piesi chowają się w zatoczkach przed nadjeżdżającym pociągiem, i ciągnie się bardzo widowiskową trasą wzdłuż gór. Żeby w pełni podziwiać widoki, najlepiej zaklepać sobie miejsce z lewej strony, pod oknem. Bilet do Nam Tok dalej kosztuje 100 baht – niezależnie od tego, czy wsiądziemy w Bangkoku, czy w Kanchanaburi.

O co chodzi z tą koleją?
Kolej Śmierci to linia łącząca niegdyś Tajlandię z Birmą (dzisiejszą Mjanmą). Oficjalnie zaczynała się w Nong Pla Duk (jednej ze stacji którą mija się jadąc z Bangkoku) i kończyła w birmańskim Thanbyuzayat. Nad takim połączeniem myśleli już w XIX wieku zarządzający Birmą Brytyjczycy, ale uznali, że wybudowanie go w terenie pełnym dżungli i gór jest zbyt trudne. Innego zdania byli Japończycy, którzy w czasie II wojny światowej okupowali oba państwa i zależało im na sprawnym transporcie wsparcia. Tyle, że nie zrobili tego sami – do katorżniczej pracy zmusili jeńców wojennych i słabo opłacaną lokalną ludność, niespecjalnie przejmując się, ilu z nich zginie po drodze.
Budowa rozpoczęła się w czerwcu 1942 roku i zakończyła w październiku 1943. Robotnicy harowali po kilkanaście godzin dziennie, nieważne, czy to upał czy ulewa, do dyspozycji mając niewiele ponad młot, kilof i dynamit, żeby przebić się przez litą skałę. Do tego głód i choroby były na porządku dziennym. Praca przy tej kolei zabiła tysiące ludzi.

Wyjątkowo trudnym do wykucia fragmentem był Hellfire Pass. Dziś w tym miejscu znajduje się muzeum, gdzie można poczytać o losach więźniów, choć, jak można się domyślić, nie jest to lekka lektura. Miejscu patronuje Australia – wielu jeńców pochodziło właśnie stamtąd. Wzdłuż dawnych torów biegnie ścieżka, a przełęcz wykuta w skale pełni rolę pomnika. Za nim szlak ciągnie się jeszcze dalej – przejście całej trasy przygotowanej dla pieszych zajmuje około trzech godzin.
Sama kolej nie przetrwała zbyt długo. Już w 1946 roku Brytyjczycy, z powrotem kontrolujący Birmę, kazali rozebrać pierwszych kilka kilometrów torów, a od 1947 linia kończy się w Nam Tok.

Przez wszystkie spóźnienia naszego pociągu nie mieliśmy zbyt wiele czasu po dotarciu do ostatniej stacji. Właściwie gdybyśmy chcieli trzymać się naszego początkowego planu i wracać do Kanchanaburi również pociągiem, musielibyśmy od razu ładować się z powrotem (w ciągu dnia odjeżdżają stąd jedynie dwa). Tak więc odpuściliśmy polecany wodospad w okolicy (Sai Yok Noi) oraz dłuższy spacer śladami torów, za to udało nam się złapać miłego pana taksówkarza, który zawiózł nas do Hellfire Pass i potem z powrotem do miasta. Myślę, że nawet w takim przyspieszonym tempie było warto – relacje tych, którzy przetrwali i widok wysokiej, twardej skały przekutej na pół pozwalają sobie uświadomić, że ponura nazwa kolei jest jak najbardziej zasłużona.

Wodospady w Erawanie
Drugą z głównych atrakcji Kanchanaburi jest park narodowy Erawan. Jest oddalony o około godzinę drogi od miasta i można się do niego dostać autobusem. Odjeżdża on z dworca, ale można też wsiąść wzdłuż ulicy Sangchuto – my razem z inną grupą turystów wsiedliśmy przy 7-eleven naprzeciwko placu, gdzie wieczorami rozkłada się Night Market. Busy startują o 8 rano i jeżdżą mniej-więcej co godzinę. Warto sobie po przyjeździe sprawdzić rozkład, żeby się nie rozminąć z tym powrotnym, wiem co mówię. Chociaż dookoła jest trochę infrastruktury, więc w razie czego można usiąść i coś zjeść w oczekiwaniu na kolejny.
Do parku obowiązuje wejściówka – 300 baht od osoby. Po wejściu czeka również drobna opłata za… kamizelkę ratunkową. Z jakiegoś powodu władze parku nalegają, żeby każdy jedną miał przy sobie, niezależnie od tego, czy pływa, jak pływa i czy w ogóle planuje wchodzić do wody.

Ścieżka prowadzi przez siedem poziomów, a na każdym z nich znajdziemy jezioro i wodospad. Najbardziej zatłoczone są dwa pierwsze – zwłaszcza w weekend, jak mieliśmy okazję się przekonać. Są najłatwiej dostępne, miejsca do pływania dla chętnych jest sporo. Podobno żyjące w nich rybki są z tych, co lubią skubać naskórek, tylko ciut większe niż te spotykane w salonach kosmetycznych. Na pierwszych dwóch poziomach nie ma też ograniczeń co do jedzenia i picia, wyżej niczego poza wodą nie powinno się wnosić – ale jest wyznaczone miejsce, gdzie można przechować problematyczne rzeczy na czas wędrówki.

W miarę jak wspinaliśmy się wyżej, z każdym poziomem ubywało ludzi. Spacer wzwyż w tym klimacie potrafi zmęczyć, ale wysiłek wynagradzają widoki – gęsta, intensywna zieleń dookoła i przejrzysta woda. Wejście na siódmy, najwyższy poziom zajmuje około godziny, może półtora. Sympatyczna tabliczka informuje każdego, kto dotarł do końca, że jest zwycięzcą (no dobra, zdobywcą – conqueror). Tu już zgromadził się spory tłumek, więc my przerwę zrobiliśmy sobie na przedostatnim poziomie – cisza i spokój!

Minibus do Bangkoku
Nieco zrażeni przygodami kolejowymi postanowiliśmy w drodze powrotnej do Bangkoku przetestować minibusy. Na dworcu autobusowym, do którego dojeżdża powrotny autobus z parku Erawan, bez trudu znaleźliśmy stanowiska z których kursowały busiki, jak i taki busik, który odjeżdżał za chwilę. Podróż przebiegła bez problemu, busik był całkiem nowoczesny, z klimatyzacją. Reklamował się, że dojeżdża do Mochit i BTSa. I tutaj jest jeden haczyk – przystanek przy stacji BTS jest po przystanku z terminalem autobusowym, więc nie ma co się wyrywać i wysiadać za wcześnie, zwłaszcza jeśli pozostali pasażerowie nie wyglądają, jakby się wszyscy zbierali do wyjścia. Nam się nie udało dogadać – zapytaliśmy kierowcę, czy to “last station”, on chyba myślał, że pytamy o “bus station”, bo radośnie przytaknął, wysadził nas i pojechał dalej… Nam został spacer nocą przez miasto, ciekawy ale nieplanowany. Jak w końcu dotarliśmy pod BTS to nawet widzieliśmy zaparkowane obok minibusy.
